piątek, 6 marca 2015

Till salu - Jainty 8 idzie pod młotek.

Nadszedł czas decyzyj nieodwracalnych. A trzeba Wam wiedzieć, że "nieodwracalny" to słowo, którego boję się najbardziej ze słów.

Jakiś czas temu nadmieniłam, że czeka nas rozstanie. z Jainty 8. Od tamtej pory minęły cztery miesiące i sprawy nabrały tempa. W naszym dotychczasowym gnieździe zamierzamy zostać jeszcze dwa miesiące, a od maja - hej przygodo!

Nawet nie próbuję opisać wszystkich strachów, jakie się w związku z powyższym u nas zadomowiły, ale kto musiał sprzedać mieszkanie i kupić mieszkanie - ten wie. Tym bardziej, że u nas, jak to zwykle bywa, do podstawowych stresów dorzucono jeszcze kilka bonusów. Ale nie o tym.

Ponieważ minie chwila zanim w nowym domu coś się zacznie dziać, pomyślałam, że na pożegnanie Jainty 8, pokażę Wam jak "stary" dom wygląda teraz, na odchodnym.

Zdjęcia zrobiliśmy już dla agencji nieruchomości - te same trafią na portale, do ogłoszeń.

Na pierwszy ogień kuchnia. Właściwie, gdyby nie brak okapu (sprytnie zamaskowany perspektywą zdjęcia), uznana za skończoną :-)



Dalej łazienka. Przez 3 lata od jej remontu, projekt zabudowy wnęki nad WC nie nabrał mocy sprawczej - stąd gustowna zasłonka, zamiast stylowych szafek.



Rzut oka na amfiladowy rozkład pomieszczeń - można grać w kręgle.


A tu już sam salon, łysy nieco, bo bez zasłon, które piorę i prasuję od jakichś 5 miesięcy. Terminowość. Rzetelność. Doskonała organizacja. To ja.



Przez kamerlik (w szafie odbijają się nawet stojące po przeciwnej stronie kocie kuwety)...

...płynnie przechodzimy do gabinetu, który dobrze znacie:



A z niego do sypialni, największego (28m2) pokoju w mieszkaniu. Tego chyba będzie brakować mi najbardziej, tej ogromnej ilości powietrza i przestrzeni.



I odprowadzając Państwa do wyjścia (na zdjęciu drzwi do komórki)...


...szafki na buty wbudowane w ścianę. Zupełnie niedawno odwiedził nas znajomy i z pełną powagą krzyknął "Ja! macie swoje własne skrzynki pocztowe! W domu!" Chyba na listy z Hogwartu ;-)


Jak widzicie, jest jeszcze mnóstwo rzeczy, które trzeba, a przynajmniej można zrobić, żeby mieszkanie nabrało lepszego kształtu. Ale tym zajmie się już nowy właściciel.

Patrzę na te zdjęcia i powiem Wam... ja bym kupiła to mieszkanie :-D Niestety, muszę je sprzedać, ale mam nadzieję, że szybko znajdzie się ktoś, kogo ono zaczaruje tak, jak nas zaczarowało 5 lat temu (czar działa do nadal).

Wprawne oko zauważy, że pod łóżkiem w sypialni kłębią się kartony - to szafa do nowego mieszkania, czeka już grzecznie od 3 miesięcy.

Ponieważ na remont i wyposażenie nowego eM będziemy mieli mało czasu, wstępne plany powstały już dawno. Nawet pierwsze drobiazgi są już w drodze - może pokażę je Wam, jeśli będziecie chcieli.

I chyba na tym zakończę, coby nie smęcić za bardzo. Emocje jakie mi towarzyszą są słodko-gorzkie. Dużo żalu i strachu, ale też ekscytacja i radość. Trudno stwierdzić, co przeważa.
A najlepiej nie stwierdzać. Nasuwa mi się na myśl "klasyk" - "nie czas żałować róż, kiedy płoną kolce". To nie żałujmy!

niedziela, 30 listopada 2014

Gyszynk ze Śląska. GIVEAWAY, jak to mawiają.

Spotkało mnie w ostatnim czasie niemałe zaskoczenie. Zostałam bardzo miło przyjęta w pewnym z internetowych rejonów i pomyślałam, że właśnie to zdarzenie, a nie jakaś okrągła, np. trzydziesta pierwsza rocznica bloga, jest dobrą okazją na posłanie w świat małego prezentu.




Prezentem, a raczej gyszynkiem (wypada się pochwalić znajomością podstawowego słownictwa w gwarze śląskiej) jest Sadza Soap - mydło choby wongiel. 



Moim zdaniem zupełnie uroczy gadżet :-)

Jeśli ktoś z Was pragnie zostać jego posiadaczem - zapraszam.

Zasady są trzy:

1) Zostawienie komentarza z namiarem na siebie.
2) Zamieszkanie (lub wskazanie adresu wysyłki) na terenie naszego kraju (Polski znaczy).
3) Czerpanie radości z gyszynku.

Można polubić, linkować, plakatować miasto tym postem, ale nie jest to żaden warunek :-)

W najbliższą sobotę  (Mikołajki - 06/12/14, ok. 20:00) maszyna losująca wskaże szczęśliwego zwycięzcę :-)


Czas start!

wtorek, 25 listopada 2014

Wnętrza - I'm doing it wrong.

Znacie to uczucie, kiedy jakaś myśl świdruje w Waszej głowie tak bardzo, jakby próbowała przeprowadzić na Was lobotomię?

Ja niestety znam, aż za dobrze. Właściwie każda myśl przewodnia, jaka mnie dopada, charakteryzuje się wyjątkową uporczywością. Drąży, wierci, świdruje tak, że aż fizycznie jest mi niedobrze, mam mdłości i muszę ją z siebie uwolnić.

Piszę o tym tutaj dlatego, że od kilku tygodni, miesięcy może, nękają mnie rozmyślania dotyczące urządzania wnętrz. Oczywiście, moje życie obfituje w treści obiektywnie istotniejsze, jednak to dom jest w ostatnim czasie tematem wiodącym. I przywiódł mnie on do pewnych bardzo konkretnych wniosków.

Niniejszą tyradę sponsoruje nowe zadanie, które majaczy mi gdzieś na horyzoncie. Będę musiała od nowa urządzić wszystkie pomieszczenia w domu.

I w tym miejscu zaczyna się podróż którą, jak sądzę, uwielbiamy najbardziej :-) planowanie, rozmieszczanie, wybieranie kolorystyki, poszukiwanie mebli, obmyślanie strategii.

Nie każdemu taka okazja zdarza się dwa razy na przestrzeni czterech lat, postanowiłam więc tym razem podejść do tematu naprawdę z głową. A może z dwiema, niech i Mąż Krzysztof wtrąci swoje trzy grosze.

Poniższą listę priorytetów popełniam, żeby uporządkować sobie ten obszar - pewnie będzie przydatna, kiedy w końcu przejdę z fazy głębokich rozmyślań do realizacji ;-) ale też dlatego, że może ktoś z Was ma podobne spostrzeżenia? A może zupełnie inne? Chętnie poczytam, co tam w Was drzemie.

Mój "pentalog".

Po pierwsze primo - ZASADNOŚĆ

To jedno z moich ulubionych słów. Komfortowo czuję się tylko wtedy, gdy wszystko dookoła mnie jest zasadne, tj. ma jasną przyczynę, cel, potrafię to wyjaśnić i uzasadnić. W przypadku wnętrz można, jako synonimu dla zasadności, użyć określenia "funkcjonalność".

Przeszkadza mi we wnętrzach wszystko, czego nie da się uargumentować. Lubię design, ładne przedmioty pobudzają u mnie wzrost endorfin, ale tylko wtedy, kiedy są użyte mądrze. I kiedy są naprawdę ładne.

Archiwalne zdjęcie poglądowe:


ZASADNOŚĆ - you're doing it wrong!

Jasne, dziś nie są to najnowsze trendy, ale w czasie, kiedy to zdjęcie powstało, można było odhaczyć listę "mast hewów".

Cotton ball lights - checked.
Wielki lampion - checked.
Własnoręcznie odnowiona ramka, użyta niezgodnie z pierwotnym przeznaczeniem - checked.
Stary, warsztatowy stołek - checked.

Żaden z powyższych przedmiotów nie pełni tu szczególnie istotnej funkcji, a z racji mojej nieudolności, nawet nie wyglądają zbyt dobrze.

Dziś część z bohaterów zdjęcia zadomowiła się w różnych kątach mieszkania, przyjęła ode mnie propozycje pracy i w końcu nabrała znaczenia.

Po drugie primo - CHARAKTER

Kolejną kluczową kwestia w tworzeniu swojej przestrzeni jest dla mnie odbicie we wnętrzu cech, natury, zainteresowań jego właściciela. Pompatycznie rzecz ujmując, prawdziwego JA.

To pewnie jeden z powodów, dla których nie do końca wierzę w instytucję dekoratora wnętrz (przynajmniej w odniesieniu do przestrzeni prywatnej), bo najbardziej przemawiają do mnie wnętrza, które wypływają z wewnętrza.

Archiwalne zdjęcie poglądowe:


CHARAKTER - you're doing it wrong!

Ta trudnej urody kompozycja nie mówi o nas nic. A przynajmniej nie mówi o nas nic zgodnego z prawdą. Bo tak: ani nie jesteśmy pluszowi, ani nie świecimy w ciemności, ani (wierzę w to głęboko), nie jesteśmy pozbawieni treści, jak ta ramka nieszczęsna.

A ja bym chciała, żeby nasze mieszkanie opowiadało o tym, że mamy swoje pasje, że kochamy nasze koty, że mamy poczucie humoru, że mamy dystans do świata i otwarte głowy, że dużo czytamy i prawie wcale nie gotujemy, że lubimy porządek, ale nie zawsze jest u nas czysto. Żeby nas było w nim więcej o wiele.

Po trzecie primo - SWOBODA

Luz, naturalność, dystans, margines błędu. W domu się mieszka. Tutaj muszę się czuć swobodnie, ale nie tylko ja. W moim domu przede wszystkim swobodnie muszą się czuć wszyscy jego mieszkańcy, a tuż za nimi nasi nieliczni goście.

Archiwalne zdjęcie poglądowe:



SWOBODA - you're doing it wrong!

Nie potrafię sobie wyobrazić mojego małżonka, dobrze odnajdującego się w przestrzeni pełnej falbanek, koronek, pasteli, czy jak na powyższym zdjęciu, jamiołków, świeczuń, misiaków. To zwyczajnie nie licuje. Zresztą, on mi to mówił, tylko ja w tamtym czasie byłam przekonana, że to jest jedyna słuszna droga. Moja droga.

Po czwarte primo - PRAWDA

Może to dlatego, że coraz mocniej jestem posunięta w latach, ale uwiera mnie sztuczność.

Jak płachta na byka, działają na mnie "stylizowany", "imitacja", "-podobny". Nie znoszę kafli, które udają, że są drewnem, komódek co to niby Ludwika widziały, cegły z marketu i styropianowych rozet.
Jak mieszkam w kamienicy, nie udaję, że mieszkam w pałacu.
Jak mieszkam w bloku, nie udaję, że mieszkam w wiejskiej chacie,
Jak mieszkam w wiejskiej chacie, nie udaję, że mieszkam w lofcie.

Znowu, według mnie, z każdego wnętrza można wyciągnąć "to coś", tylko trzeba pamiętać o spójności i pewnej konsekwencji, tylko wtedy będzie wiarygodnie i przekonująco.
Ja będę o to walczyć :-)


Po piąte primo-ultimo - POMYSŁ

O autorski pomysł niełatwo i dlatego fajnie, że mamy dostęp do niezliczonej ilości źródeł, z których możemy wyłowić coś, co ktoś, gdzieś, kiedyś już zrobił, a nam się podoba bardzo.

Niewielu wśród nas kreatorów, nie wszyscy musimy być twórczy, ja godzę się ze swoją odtwórczością, ale mimo wszystko chciałabym ją trzymać w ryzach.

Archiwalne zdjęcie poglądowe:



POMYSŁ - you're doing it wrong!

Ile osób mogłoby mieć taki kącik u siebie? Na ilu blogach moglibyście go zobaczyć? Czy nie musielibyście się zastanowić, kto jest jego autorem, bo od razu nie widać na pewno?

Ja ostatnio miałam problem z odszukaniem pewnego wnętrza, bo zawierało tak dużo "pozycji obowiązkowych", że miałam co najmniej pięć typów dotyczących tego, gdzie je widziałam.

Z moim zdjęciem jest podobnie. Jasne, teraz pewnie znalazłyby się na nim piórka, typografie (czyli napisy, po prostu, najczęściej niestety banalne), ożywczy dodatek w kolorze musztardy i klosze inspirowane niemieckimi roczniakami. Ale to nie przypadek, że wszystkim nam chodzą ostatnio po głowie szklane kopułki, łapacze snów, ozdobne taśmy klejące i czarne ściany. To kopia.

I ja się zaczęłam czuć w tym wszystkim bezwolna nieco, a potrzebuję odzyskać kontrolę.

Bo są trendy i są gotowe stylizacje, i ja chciałabym umieć wychwycić różnicę.


Czy mój wywód jest koszmarnie długi? Zdecydowanie tak.
Czy brzmię trochę jak nadęty bufon? Niewykluczone.
Czy mogłam sobie to darować? Pewnie mogłam ;-)

Ale mam nadzieję, że kiedy będę Wam pokazywać realizację mojej aktualnej wizji, powyższe znajdą tam zastosowanie i będzie się to wszystko kupy trzymać, a nie kupę przypominać.

A teraz kielona każdemu, kto dotrwał!

Dobrej i kolorowych,
EM


czwartek, 20 listopada 2014

Gnieciuch.

Jestem ostatnio w procesie lampowym. Lampy to właściwie jedyny element wnętrzarski, jakiego teraz szukam, jaki oglądam, planuję, wybieram, bo faktem jest, że niedługo będę potrzebować wielu lamp, a nie chcę, żeby były zupełnie przypadkową zbieraniną. Mogą być zbieraniną, ale wyselekcjonowaną przeze mnie, dla mnie.

Większość lamp na razie tylko oglądam i skrzętnie notuję w kajeciku (okej, dodaję do zakładek),  ale jedną musiałam nabyć już, na-ten-tychmiast. A konkretnie nawet nie lampę, a klosz.

Od kilku lat miałam w domu ulubieńca - trójnogą lampę, którą zobaczyć można np. tu.

Stała sobie dzielnie w salonie i, co tu dużo mówić, po prostu spełniała swoją funkcję. Kilka razy oberwało jej się od kotów, tzn. w trakcie szalonej, kociej gonitwy była przewracana i jeden z takich incydentów zakończył się dla niej fatalnie - zupełnie popsuł się abażur. Nie do naprawienia (konsultowane z S., więc sami rozumiecie, że ocena techniczna była wiarygodna ;-)

Ten przykry wypadek miał miejsce jakieś pół roku temu i od tamtej pory niemrawo zaczęłam rozglądać się za zastępstwem. Nie byłam w ten proces szczególnie zaangażowana, dopóki wieczory nie zrobiły się taaaakie długie i taaaakie ciemne. Nastała potrzeba światła.

A w oko wpadł mi taki oto abażur-gnieciuch:



Z opini, jakie do tej pory zebrałam na jego temat, mogę wysnuć wniosek, że jego uroda jest kontrowersyjna. Wygląda trochę jakby był wykonany przez dziewięciolatka na lekcji ZPT, ale wśród dziesiątek abażurów jakie obejrzałam, jako jedyny wydał mi się godnym następcą poprzedniego klosza.

Na razie zakwaterowałam odświeżoną lampę w rogu gabinetu, bo tu ostatnio spędzam dużo czasu.
Tak sobie stoi (w towarzystwie martwych cottonballs - muszę coś z nimi zrobić, bo padły):


A tak sobie, a raczej mi, świeci:


Lampa w zestawieniu z tym abażurem nie zalewa może pomieszczenia światłem, ale jest całkiem nastrojowo.

A tu zbliżenie na wykończenie - bardzo w moim stylu :-)
Grube płótno i nitki:


Jestem przekonana, że wiele z Was byłoby w stanie wyprodukować sobie taki abażur ze skrawków materiału leżących gdzieś w kącie, skrajnie niskim kosztem.

Niestety ja, jak już gdzieś wspominałam, pomimo moich wielkich chęci, zapału i pasji, pozbawiona jestem talentów wszelakich i chcąc mieć taki abażur musiałam po prostu napełnić kabzę marki HK Living :-)

Ale nie czuję się z tego powodu jakoś mocno pokrzywdzona - nawet ja nie mogłabym być idealna, bo byłabym wtedy absolutnie nieznośna dla świata.

A skoro już się zebrałam i nadaję, pokażę Wam jeszcze jeden element od Czarów z Drewna, który przywędrował do mnie razem z biurkiem.

The podkładka:



Cytat jest oczywiście moją inicjatywą własną, pochodzi z mojej ulubionej komedii i podkreśla moje uwielbienie dla barejowskich produkcji.

A na koniec pokażę się Wam ze sprawcą lampowego zakupu.
Tak spędzone poranki należą do najprzyjemniejszych :-)


Do miłego!

sobota, 15 listopada 2014

Gabinet vol. 5 - ku światłości.

No to jak? Siekniemy ten końcowy wpis z serii i będziemy mieć sprawę załatwioną? A sieknijmy.

Dziś czas na światłość, czyli słów kilka o oświetleniu.

Pomieszczenie, które służyć ma za gabinet jest niewielkie (12 m2), nie potrzebowałam więc całego zastępu lamp. Postanowiłam na początek umieścić tam trzy źródła światła - niewielką lampę sufitową, która przywędrowała z sypialni, zagubioną i bezrobotną lampę podłogową z papierowym kloszem i, rzecz jasna, lampę biurkową. I właśnie o tej ostatniej pragnę dziś opowiedzieć.

Wybór nie był trudny, od początku wiedziałam, jaką lampę chcę postawić na biurku. Wyzwaniem była jednak jej dostępność. Chciałam bowiem Kaisera.




Lampy projektu Christiana Della od dawna przyprawiały mnie o szybsze bicie serca, zresztą, lampa nożycowa, którą pokazywałam w jednym z wpisów (klik), baaaardzo wyraźnie nawiązuje do (żeby nie powiedzieć zrzyna z) kultowego wzornictwa.

Zrodził się zatem pomysł i rozpoczęło polowanie. Można znaleźć te lampy w intersieci. Jednak nie zawsze wtedy, kiedy akurat chcemy je kupić, a już na pewno nie zawsze w przyzwoitej cenie.

Mnie się jednak udało! Wylicytowałam lampkę za bardzo rozsądną kwotę. Była co prawda mocno zmęczona życiem, ale ja już miałam sztab ludzi czekających na mój sygnał do wskrzeszenia jej (piaskowanie, malowanie, usprawnianie).

Efekty prac poniżej:






Moje dziołchy z biura oczywiście były na bieżąco w każdym etapie projektu "gabinet" i musiały wysłuchiwać wszelkich nowo podjętych decyzji, oglądać każdą zdobycz, jaką poczyniłam, uśmiechać się ze zrozumieniem i z uznaniem przytakiwać.

Nie inaczej było z lampą. Kiedy w końcu dotarła do mnie moja lampa, z dumą wydobyłam ją z kartonu, postawiłam na moim pracowniczym biurku i zaprosiłam dziewczyny do oględzin.

Kochana K. szczerze (chcę w to wierzyć) się zachwyciła, natomiast Szefowa popatrzyła, popatrzyła i stwierdziła, że jej tata ma taką lampę w komórce, na blacie roboczym.

Ponieważ, i tu muszę być szczera, Szefowa nie jest pasjonatem staroci, byłam przekonana, że przez pojęcie "taką lampkę" ma na myśli "no taką czarną, metalową, całą w odpryskach", ale nie! Zdeterminowana Szefowa jeszcze tego samego dnia, po powrocie do domu, poczłapała do komórki i zrobiła zdjęcia klosza.

No Kaiser jak skur...iera wycięty! :-) Nie ośmieliłam się oczywiście nawet spytać, czy nie zechcieliby mi go odstąpić, bo przecież to lampka, która w komórce stoi od zawsze i bardzo przydaje się, kiedy trzeba poświecić w jakichś zakamarkach.
Ale Szefowa i jej rodzina to ludzie o miękkich serduszkach (do czego żadne z nich się nie przyzna ;-) i sami zaproponowali mi, że mogę dostać tę wysłużoną lampę, jeśli tylko w zamian sprawię im inną, która będzie równie funkcjonalna.

I, wierzcie lub nie, w ten sposób stałam się posiadaczką drugiego Kasiera - tym razem w zamian za najprostszego, ikeowego Formata.



Ponieważ, wbrew obiegowej opinii, nie jestem czubkiem, nie postanowiłam umieścić na biurku dwóch lamp ;-) Zdobycz internetowa powędrowała do gabinetu, lampa z komórki z kolei została obsadzona w roli mojej lampki nocnej. Ta druga jest nieco pokrzywdzona przez los, ponieważ ktoś odpiłował jej rancik (pewnie była to amputacja rdzewiejącego fragmentu) i właśnie dlatego przygarnęłam ją do swojej sypialni - uważam, że zasługuje na jeszcze więcej miłości! :-)

I chociaż obie lampy to ten sam model (wg mnie 6556), ja nadal nie mam dość i za każdym razem, kiedy gdzieś zobaczę lampę Kaiser Idell pragnę ją mieć.

Jak dotąd poprzestałam na tych dwóch egzemplarzach, ale to nie jest moje ostatnie słowo!

Jakkolwiek to brzmi, ostatnio bardzo lubię lampy :-)

EM


poniedziałek, 3 listopada 2014

Gabinet vol. 4 - drewno i przyjaciele.

Ku radości ogółu, zbliżamy się do końca gabinetowej sagi. Zostało nam do omówienia jeszcze kilka składowych, część z nich zawrę poniżej.

Długo zwlekałam z opisaniem najważniejszych dla mnie elementów gabinetu. Chyba wydawało mi się, że zbuduję suspens, ale wyszło jak zwykle. Rozwlekło mi się wszystko w czasie, część emocji i wspomnień zatarła, wszyscy jesteśmy już tym zmęczeni, bo ileż można?

Jednak nie mogę bez entuzjazmu wspomnieć o tym, co moim zdaniem stanowi największe "wow" całego projektu. O blacie.

Prawie każdy gabinet potrzebuje biurka. W każdym razie nasz potrzebował. Myślicie, że łatwo o ładne biurko? Jeśli tak, jesteście w mylnym błędzie.

W moim pomyśle biurko miało właściwie być tylko blatem - nie były tu potrzebne żadne szufladki, schowki, półki na dokumenty. Praca koncepcyjna, jaka miała się przy nim odbywać, wymagała jedynie komputera, telefonu, notatnika i ogromu natchnienia.

Ponieważ wiem, jak bardzo Mąż Krzysztof lubuje się w naturalnych materiałach, customowych projektach i przedmiotach z historią, bez większego namysłu swe kroki skierowałam do Czarów z Drewna. Na blogu i w sklepie odnaleźć można głównie mniejsze formy (ozdobne litery, tablice, podkładki, etc.), a moje otoczenie nie jest dla nich stworzone. Jednak od dawna czujnie śledzę poczynania Al. i wiedziałam, że nawet w większym formacie spod jej narzędzi wyjdzie dokładne odzwierciedlenie tego, co ja mam w głowie.

No i wyszło. Piękny blat ze starego, delikatnie szczotkowanego dębu.



Ustalenia z Al. rozciągnięte były na przestrzeni kilku miesięcy, sama realizacja, o ile dobrze pamiętam, to sześć tygodni.

Pod uwagę wzięta została każda moja wskazówka, każe moje chciejstwo, łącznie z tymi, co do których nie było pewności, że są możliwe :-)

Blacior dopracowany jest w najmniejszych szczegółach. Poniżej cudowne łączenia (kołacze mi się po głowie, że to "jaskółczy ogon", ale żaden ze mnie stolarz ;-)

Kiedy zobaczyłam blat po raz pierwszy na żywo, od razu go przytuliłam, a w drugim odruchu miałam ochotę przytulić Al.!



Żeby jednak nie było zbyt sielsko, blat dla przeciwwagi osadziłam na najprostszych, metalowych nogach z Ikei (Też uwielbiacie połączenie ciepła drewna i zimna metalu? I bet you do!).


Do tego wszystkiego motywujący i personalizujący całość cytat, et voila:



A przy biurku, nie mniej ważne od blatu - krzesło.

Krzesło dla odmiany pochodzi stąd: Trzy Puszki Farby i chociaż blat był wcześniej w mojej głowie, to krzesło było pierwsze w moim posiadaniu.

Miałam pewne obawy co do jego funkcjonalności i ergonomii, i przyznam szczerze, liczyłam się z tym,  że będzie pełnić raczej funkcję dekoracyjną, a w jego miejsce zmuszeni będziemy wstawić jakiś typowo biurowy koszmarek.

Jednak krzesło, pomimo swej wiekowości (prawdopodobnie lata 50-te XX w.), okazało się nadzwyczaj zmyślne i szalenie wygodne. Ma więcej możliwości regulacji, niż większość współczesnych foteli biurowych, na których miałam sposobność siadywać.

Nazwę ma może nie tyle wdzięczną, ile zadziornie brzmiącą:


Ale za to detale. Detale... Można im się oprzeć?



I mój absolutny faworyt - sprężyna amortyzująca:


Jedyny mankament, jaki widzę, ale z którym sobie poradzę, to lakier, którym zabezpieczone zostało krzesło. Delikatnie rozpuszcza się pod wpływem ciepła, co sprawia, że farfocelki z moich pluszowych, domowych spodni zgrabnie na nim osiadają, tworząc fantazyjne wzory ;-)

Bohaterowie drugoplanowi dzisiejszego wpisu to drobiazgi:


Torba, marketing której jest tak przemyślany, że i ja dałam się złapać (podwójnie! w sypialni stoi kolejna...), ale która pomimo swej wszechobecności wcale mi nie zbrzydła.


Kritters, mały nakręcany sprężyną robocik, który podarowałam mężowi na gwiazdkę kilka lat temu właśnie z przeznaczeniem "biurkowym", chociaż K. pracował wtedy zupełnie gdzie indziej. Teraz Kritters znalazł swój kawałek blatu i jest szczęśliwą garstką metalowych części.

To wszystko na dziś, żegnam się z Wami, a na pocieszenie dodam, że czeka na Was jeszcze tylko jeden wpis z gabinetowego cyklu. Bądźcie wytrwali :-)

EM

poniedziałek, 27 października 2014

Chwalipięta.


Niby nie wypada się chwalić. A ja dzisiaj będę. Ale przecież nie chwalę SIĘ, pochwalę innych - tych, co sprawili mi radość wielką.

Wczorajszy dzień był dniem uczuć ambiwalentnych. Moje urodziny. Nie ma się z czego cieszyć, tym razem też nie stałam się o rok młodsza, tylko starsza. Z drugiej zaś strony dosięgnęło mnie wczoraj dużo pozytywnych emocji, wzruszeń, uśmiechu po prostu.

Opowiem Wam trochę.

Muszę, po prostu muszę pokazać moje gyszynki. Nawet nie dlatego, że to bardzo fajne przedmioty, ale przede wszystkim dlatego, że chociaż żaden z nich nie znajdował się na mojej łiszliście, żaden nie był do końca rzeczą, o nabyciu której myślałam, każdy jest trafiony w punkt.

Tak mnie znają te moje chłopaki ;-)

Na pierwszy ogień mąż. Wykazał się chłop niebywale. Odnotował, kiedy jakiś czas temu wspominałam, że muszę się zaopatrzyć w Notes na Rzeczy Ważne. Taki notes, który będzie ze mną przez długie lata, w którym będę notować sobie daty różnych wydarzeń, może jakieś emocje, ale raczej dziennik, niż pamiętnik. Tak, żebym za jakiś czas nie zaliczyła wpadki, kiedy ktoś mnie zapyta o datę naszego ślubu, pierwszej kłótni, przygarnięcia kota pierwszego, czy drugiego.

Wydaje się, że to rzeczy na tyle ważne, że nie można o nich zapomnieć, ale z doświadczenia wiem, że z czasem różne rzeczy się zacierają. Daleko nie muszę szukać, moja mama dzwoniąc do mnie z życzeniami urodzinowymi była przekonana, że jestem o rok starsza niż rzeczywiście jestem, natomiast dziadek doskonale pamięta rok mojego urodzenia... bo wtedy zmarł jego brat ;-)

Warto notować.

I ja będę notować, o tu:

Co prawda brak jakichkolwiek linii poczytuję jako złośliwość ze strony Męża Krzysztofa, ale cała reszta jest wymarzona.

K. odszukał jakiegoś rzemieślnika z Ju Es en Ej, człowieka, który specjalizuje się właśnie w oprawianiu notatników, tyle że XXI wieku - ajpadów, tabletów, etc. i zlecił mu zrobienie oprawki na wymiar, pasującej do notatników Moleskine (jest nawet wycięcie na gumkę!).  Jako wisienka na torcie - moje inicjały.  W razie czego złodziej będzie miał mniejszą frajdę, o ile nie nazywa się np. Ewaryst Mociejaszek ;-)



Kolejnym prezentem jest urządzenie, które zwykliśmy nazywać smafonem. Dla Was pewnie szału nie ma, podejrzewam, że jeśli to czytacie, to z dużym prawdopodobieństwem mogę założyć, że robicie to na swoich galaktycznych telefonach :-) Ale trzeba Wam wiedzieć, że na Jainty 8 padł wczoraj ostatni bastion.

Długo się opierałam, byłam bardzo przeciwna i anty w każdy możliwy sposób. Telefon to telefon, ma mieć klawisze, czerwoną i zieloną słuchawkę, ma dzwonić i przy dobrych wiatrach wysyłać smsy.
Ale w ostatnim czasie coraz bardziej się czułam odizolowana i choć nadal uważam za zabawne podpisywanie przeze mnie maili "WYSŁANO Z PECETA" w odpowiedzi na maila "WYSŁANEGO Z IPADA", to technologia zaczęła mnie kusić.

Mąż to przewidział. Prezent wybrał w sierpniu. A na dwa dni przed moimi urodzinami, kiedy smafon dawno już leżał zapakowany w szafie, usłyszał ode mnie "wiesz coooooo... może ja sobie pod choinkę sprawię taki telefon fajniejszy jakiś?".

Mówisz - masz. Teraz mogę, m.in., na własne potrzeby uwieczniać takie chwile, jak np. ta:


(Pierwsza w nocy, cały dom śpi  >w tym jego część śpi na mnie<, a ja wącham kota.)

Następny darczyńca to KS. Służbowo do niedawna jednocześnie przełożony i podwładny mojego męża. A prywatnie, no właśnie? Chyba już dobry kolega.

Ten prezent był bardzo niespodziewany i tak samo trafiony.

Biała porcelana to coś, z czym trudno u mnie przestrzelić. Po prostu lubię. A jeśli na dodatek jest trochę mniej oczywista i ułożona, to sukces jest w zasięgu ręki.

KS podarował mi porcelanowy kubełek. Co prawda wgnieciony nieco w transporcie ;-) ale jakże uroczy.

Tadam.



Zgodnie z informacją na opakowaniu (ekologicznym, stylowym, dizajnerskim) pochodzi z Manufaktury Porcelany. Logo urzeka :-)

Trzeci prezent, od mojego trzeciego chłopaka był dwuczęściowy, ale muszę zacząć od początku - od rana.

Otóż, z samego rana mąż mój, z zuchwałą stanowczością zarządził, że z okazji moich urodzin zamówimy pizzę z naszej ulubionej pizzerii. Ja tę pizzę lubię, ale ponieważ my rzadko gotujemy w domu, zwłaszcza ostatnio, to dosyć często korzystamy z usług rzeczonego lokalu.

Mnie się w głowie roiło, że może pomimo mojego przeziębienia, wyjdziemy gdzieś na obiad, cobym miała pretekst, żeby wypełznąć z pluszowych gaci, ale mąż, że pizza, i pizza.

Nawet trochę byłam zła, że w taki szczególny dzień, kiedy przysługuje mi immunitet, a zarazem decyzyjność na każdym polu, to on ustala menu, ale z żalem przyznałam, że ja też bym bolońską wciągnęła.

Przystałam zatem na włoski specjał.

Zamówilim pizzę, czekamy, gadamy, dzwonek. Fortelem mąż wypchnął mnie na klatkę celem zapłaty, ja wyciągam portfel, patrzę, a z pizzą idzie nie pracownik lokalu, tylko mój S. :-)

No nabrali mnie tym razem panowie, ale im to wspaniałomyślnie wybaczam, bo niespodzianka była naprawdę wspaniała, nie mogłam sobie tego popołudnia lepiej wymarzyć niż na luzie, w takim towarzystwie.

Od S. też dostałam prezent, szalenie złośliwy, a jednocześnie oddający wszystkie emocje, jakie w ostatnim czasie wokół nas krążą, ale tego na razie nie mogę pokazać. Uśmiałam się jak fretka w każdym razie, musicie mi wierzyć :-)

A ponieważ nie byłam dziś w pracy, to jutro będę jeszcze świętować urodziny z moimi dziewczynami.

Także: happy birthday to meeeee!

Buziaki,
EM

P.S. Chciałam, żeby było krócej. Nie potrafię.