piątek, 25 lipca 2014

Gabinet vol.1 - robótki ręczne.

Od początku wiedziałam, że w gabinecie/biurze koniecznie musi się znaleźć kilka konkretnych elementów.

Jednym z takich elementów była tablica. Tablica, do której można przypiąć różne notatki, zdjęcia, inne inspirujące obiekty płaskie.

W pierwszej chwili myślałam o pomalowaniu fragmentu ściany farbami magnetyczną i tablicową, ale prawda jest taka, że nie do końca wiedziałam, czy mój małżonek korzysta w pracy z takiej tablicy. Nie chciałam więc, 'upiększyć' wnętrza tak modnym ostatnio elementem wystroju tylko po to, żeby przekonać się, że jest bezużyteczny.

Zaczęłam się więc zastanawiać, czym taką tablicę zastąpić. Długo, długo, dłuuuugo nie wiedziałam co z tym fragmentem ściany zrobić.

W końcu stwierdziłam, że proste rozwiązania są najlepsze i postanowiłam powiesić tu linkę do zasłon Dignitet z Ikei i na niej powiesić żabki i przyczepić zdjęcia. Ale pomysł ewoluował. Linka linką, ale może elementy, które mocuje się do ściany mogłabym zastąpić jakąś częścią rowerową? Popędziłam więc do komórki, zwanej też stajnią, w której mieszkają Wszystkie Rowery Męża Krzysztofa i jęłam dokonywać oględzin. I w czasie tychże oględzin, pomysł ewoluował ponownie - to nie elementy mocujące, a samą linkę zastąpię częścią rowerową - łańcuchem!





>>>Tu przedstawić muszę nową 'osobę dramatu' - mego drogiego przyjaciela z dzieciństwa, Pana S.
Pan S. jest osobą wielce twórczą i absolutnym pasjonatem majsterkowania. Ok. 20% jego projektów kończy się nawet względnym powodzeniem ;-) Razem ze swoją partnerką, Panią M., bardzo mi pomagał przy moich gabinetowych wymysłach. <<<

Po raz kolejny złapałam więc za telefon i dzwonię do S., przedstawiając mu swój pomysł, a w odpowiedzi słyszę: Wiesz, że jesteś genialna? Łańcuchy można łączyć ze sobą w nieskończoność!

Mnie to wcale nie ucieszyło, bo ja planowałam zrobić jedną, biedną linewkę. On miał tylko opracować sposób jej zamocowania, a po takiej rewelacji znowu musiałam się zastanawiać, jak bardzo pociągnąć ten pomysł z łączeniem łańcucha.

Oszczędzę Wam historii, jak przez trzy dni, przy użyciu taśmy malarskiej, zdjęć z beznadziejnego avanti, excela i worda usiłowałam podjąć decyzję, w każdym razie po kilku nieprzespanych nocach, stworzyłam taki oto profesjonalny projekt:


Byłam przekonana, że łańcuchy będę musiała zakupić, jednak na szczęście S. zna właściciela sklepu i serwisu rowerowego, który na swym zapleczu skrywał cały basen zużytych łańcuchów (sam w wolnych chwilach je czyścił i robił sobie 'zasłonkę' na drzwi, taką, jakie kiedyś robione były z drewnianych koralików :-). Drewnianym patykiem wyłowiliśmy łańcuchy, niczym jakieś węgorze, w ilości wystarczającej i popędziliśmy je czyścić.

Zębatki pojawiły się w mej głowie na dzień przed montażem (bo właśnie tyle mieliśmy na wstawienie i zamontowanie wszystkiego - jedno środowe popołudnie), ale na szczęście też udało się je bez problemu zdobyć drogą inną, niż droga kupna (nie, nie poprzez kradzież!).

Na podstawie ww. szkicu, po godzinach pocenia się, sprejowania metalowych elementów i przyswajania zupełnie nowych przekleństw, na ścianie stworzyliśmy to:


Nieskromnie przyznam, że mnie urzeka i ten akurat pomysł jest całkowicie autorski i inspirowany wyłączne mym cierpieniem podczas opracowywania planu zagospodarowania ściany :-)

>>>Funny story: Stoimy z S. w Castoramie i oglądamy śruby, które będą wkręcone w ścianę. S. zachęca mnie do wyboru "bardziej estetycznych śrubek" (Serio? Bardziej estetyczne łebki śrub?), wskazując to na te, to na tamte. Kiedy na jedną z propozycji odkrzyknęłam, że te śruby nie mogą być takie miedziane, muszą być srebrne, z autentyczną urazą odpowiedział: One nie są miedziane. One są galwanizowane.
Faceci ;-) <<<


Kolejny element wykonany ręcznie, przez Pana S., był już inspirowany (mocno inspirowany) zdjęciem znalezionym gdzieś w sieci.

Co z tego, że 21-szy wiek, co z tego, że wszystko laptopem, ipadem, smartfonem i telepatią? Każde biuro musi mieć biurko. A każde biurko musi mieć organizer na biurowe akcesoria!


Kiedy więc natknęłam się na cudny, industrialny organizer w intersieci, wykonałam kolejny z wielu telefonów do S.: eeeeeeeS., a coś takiego to pewnie bardzo trudno zrobić, co?

Przy mojej następnej wizycie u M. i S. zobaczyłam już w ich piwnicy pocięte fragmenty profili stalowych :-) jak przy puzzlach, przestawiałam rurki, dokładałam, odejmowałam, w końcu stworzyłam obraz wg mnie idealny, a S. wszystko pięknie zespawał i wykończył.



I chociaż do ostatnich chwil było bardzo nerwowo, a Pan S. twierdził, że chyba wyjdzie z tego 'kupa', to efekt końcowy podbił moje serce.


Może zrobimy z tego jakiś biznes? :-) Tylko najpierw musiałabym zorganizować duży zapas środków uspokajających dla S.

To tyle, jeśli chodzi o nasze prace z zakresu metaloplastyki. Do zobaczenia w kolejnej części gabinetowej sagi.


poniedziałek, 21 lipca 2014

Mój mąż? Mój mąż z zawodu jest dyrektorem!



No, może nie dyrektorem, a kierownikiem. I nie z zawodu, tylko aktualnie. Ale piastuje to stanowisko w Bardzo Dużej Firmie i, póki co, robi to z bardzo dużym zapałem.

Są tej sytuacji plusy dodatnie i plusy ujemne. Do dodatnich można zaliczyć, pompatycznie rzecz ujmując, możliwość rozwoju i rzeczywistego wpływu na rynek, który jest konikiem mego oblubieńca. Do ujemnych natomiast, zwłaszcza z mojego punktu widzenia, fakt że 5 dni w tygodniu spędza on 400 km od domu.

Jest to sytuacja tymczasowa (tymczasem trwa od dziewięciu miesięcy) i kiedyś, docelowo, ma ulec zmianie i centrum dowodzenia mojego małżonka przeniesione zostanie na Jainty 8. Dlatego wyremontowany, pomniejszony pokój zarezerwowany został z myślą zrobienia z niego gabinetu, kiedy nadejdzie czas powrotu.

Jednak już teraz zdarza się, że Mąż Krzysztof jeden, czy dwa dni w tygodniu pracuje z domu. I, jak wynika z jego relacji, nie jest to najprostsze, na owłosionej kocią sierścią kanapie i z kotami w roli 'współpracowników'.

Dlatego też, kiedy w marcu zaczęłam się zastanawiać nad prezentem urodzinowym, na dosyć okrągłe urodziny lipcowe, postanowiłam, że zrobię mu niespodziankę i przygotuję miejsce do pracy.

Pamiętacie narożny?


Jak już wcześniej wspominałam, podczas remontu 'skurczył się' o kilka dobrych metrów. I zmienił szatę graficzną :-)
Teraz wygląda tak:


O szczegółach opowiem w kolejnych postach, bo właściwie każdy element był dla mnie przygodą i mogę kilka słów na jego temat powiedzieć.

Dziś napiszę tylko o głównej idei, zamyśle, jaki towarzyszył mi w procesie tworzenia.

Trochę jak z amerykańskim "something old, something new, something borrowed, something blue" i tu wyznaczyłam sobie kilka kluczowych punktów:

-miało być rowerowo, bo w końcu takie rzeczy będą tam się rodzić, ale nie ZBYT rowerowo, żeby nie wyszedł nam tematyczny pokój pirata,

-miało być inspirująco z pobudzeniem kreatywności, ale bez przeładowania, żeby przedmioty nie rozpraszały nadto uwagi,

-miało być customowo, bo małżonek lubi i ceni, zwłaszcza rzeczy robione ręcznie, dostosowane do użytkownika,

-miało być po męsku, bez żadnych babskich akcentów, kwiatuszków, ozdobniczków, wazoników, świeczuszek, bo to miejsce pracy chłopa ma być,

-ALE miało być w miarę lekko i energetycznie, niezbyt loftowo, żeby mózg był cały czas na obrotach, pobudzony do działania,

-miało być trochę klasyki designu, bo to zawsze cieszy i inspiruje,

-miało być trochę współczesnej lekkości, żeby całość odciążyć i żeby nie było zbyt snobistycznie,

-miało być kilka elementów ręcznie (prawie własno-) wykonanych, żeby nadać pomieszczeniu osobisty charakter,

-miało być odrobinę sentymentalnie, stąd kilka pamiątek,

-miało być tam nasze wspólne zdjęcie, bo na każdym kierowniczym biurku winno znaleźć się zdjęcie żony, nawet jeśli przebywa ona w pomieszczeniu obok ;-)

-miało być po Krzysiowemu.

Podsumowując, każdy element, który pojawił się w pokoju, przecedzony był przez moje myśli o Mężu Krzysztofie. Nic nie znalazło się tam tylko dlatego, że mnie się podoba, a K. niekoniecznie się przyda.



Zgodnie z reakcją i feedbackiem K., powyższe punkty udało mi się zrealizować, co potwierdziły słowa "gdybym był człowiekiem, który płacze, to bym się pewnie rozpłakał".



Poza tym, pokój okazany został w piątek wieczorem, a gdy wstałam w sobotę rano, zastałam K. siedzącego przy biurku i wysyłającego pracownicze maile, także chyba się prezent sprawdził :-)

I pomimo faktu, że pokój jest teraz naprawdę niewielki, udało mi się wydzierżawić jego część, na rozłożenie mojego kramu,



gdzie tym razem powstaje o wiele prostszy od poprzedniego zydelek, na który z niecierpliwością oczekuje sypialnia:


Tytułem wstępu do 'gabinetowych opowieści' chyba powyższe wystarczy.

Oczywiście jeszcze kilku rzeczy w pokoju brakuje, bo nie wszystko udało się zainstalować w jedno popołudnie, ale będą się sukcesywnie pojawiać i, mam nadzieję, kusić męża do powrotu :-)

To tyle na dziś, trzymajcie się, cześć!

wtorek, 15 lipca 2014

Post jednego, słabego zdjęcia.




Dziś tylko jedno zdjęcie, w dodatku jakości marniejszej niż zwykle, bo z telefonu.

Taki mały teaser, żeby o sobie przypomnieć, zasugerować, że coś się na Jainty 8 dzieje. Bo i trochę się dzieje.

Remont ukończon został, urządzanie w toku. Pomysły oczekują, środki są w trakcie gromadzenia.

O remoncie pewnie więcej powiem przy okazji oprowadzania Was po odświeżonych pomieszczeniach, w tym miejscu napiszę jedynie, że kosztem zmniejszenia pokoju narożnego o jakieś 4 m2 zyskaliśmy:

-cat-free zone - narożny w końcu ma drzwi, którymi można oddzielić część sypialnianą od części dziennej, a tym samym uciec choć na chwilę od 'humpcwortów",

-kamerlik - wycięty fragment pokoju, który mieści szafę i strefę kocią (kuwety + Miecinkowe krzesełko), więc zrobiło się funkcjonalniej.

Dzisiejszym zdjęciem, natomiast, przedstawiam jednego z nowych lokatorów naszej sypialni, przedmiot kultowy i będący obiektem mego pożądania od dawna. Bardzo dawna. Chyba wiecie, że nie chodzi o butelki z Ikei?

O tym, jak do nas trafił, już wkrótce...

Miłego.

środa, 5 marca 2014

Let there be light.



Ponieważ bardzo lubię, kiedy wszystko jest na czas, terminowo i zgodnie z rozkładem jazdy, doszłam do wniosku, że to właśnie dziś, nie kiedy indziej, jest dobry dzień na pokazanie prezentu gwiazdkowego. Z 2012 r.

Właściwie nie muszę pisać niczego więcej. Wszyscy wiecie co to. Wszyscy wiecie skąd to.



Nie wiecie może, jak bardzo je lubię, te kotonbolsy.
Jak przez pierwsze noce po wyjeździe Męża Krzysztofa wzięły na barki podnoszenie mnie na duchu, godziny całe świecąc, a raczej blaszcząć (imiesłów odrzeczownikowy od słowa: blask, stworzony na potrzeby własne).
Jak dodawały ciepła i przytulności, do lubienia których nie lubię się przyznawać.
W okresie jesienno-zimowym lądują na żelaznej liście niezbędników, zaraz obok herbaty z cytryną, "skarpet z ręcznika" i jakiegoś kryminału. Najlepiej zimnego, skandynawskiego (bo przecie już mnie kotonbolsy grzeją).


Dodatkowo, w przeciwieństwie do mnie, równie dobrze wyglądają w dzień, w pełnym świetle, co wieczorem w półmroku.

A może nawet lepiej? Mają coś w sobie, te małe świetliste skurczybyki.


I w szerszej perspektywie, z kotem on board:



Nie ma się co więcej rozwodzić, bo temat czerstwy, ale szykują się nam inne, świeżutkie zupełnie.

Za niespełna dwa tygodnie, zgodnie z podpisaną już umową, rusza remont vol 2. 

Na tapet idą dwa ostatnie pomieszczenia: sypialnia i pokój narożny, który aspiruje do objęcia stanowiska gabinetu Męża Krzysztofa. Najpierw czekają go jednak pewne przeróbki i cięcia (pokój, nie męża!). Bardzo się cieszę, że pokój ten w końcu zyska jakąś funkcję. Nawet nie dlatego, że utrzymywanie i ogrzewanie tego pomieszczenia o pow. 20 m2 będzie bardziej uzasadnione, ale dlatego, że nareszcie będziemy mogli porzucić tę pokraczną nazwę, jaką z pewnością jest "pokój narożny", w skrócie "narożny".

Sami powiedzcie.

-Gdzie jest torba siłowniana? (kolejny zgrabny zwrot)
-W narożnym.

vs

-Gdzie jest torba siłowniana? (nc)
-W gabinecie.

Styloooowoooo.

W każdym razie, obejdzie się bez większych rewolucyj. Jedno jest pewne: będzie biało. Jak w szpitalu. 

Na razie nasze działania ograniczą się do remontu, wyposażenie będzie musiało jak zwykle trochę poczekać.

I jeszcze bym Wam wrzuciła jakieś zdjęcie na koniec.
O, może takie Mietka, legitymacyjne.

Serwus, cześć.


niedziela, 5 stycznia 2014

Back on track!



Dawno mnie tu nie było, ale nie będę się tłumaczyć za pomocą wyświechtanych wymówek z kategorii "nie miałam czasu, tyle się działo, były ważniejsze sprawy".

Dawno mnie tu nie było, ponieważ od kwietnia nie udało mi się wymyślić chwytliwego określenia dla Konkubenta, który jest konkubentem no longer. Teraz jest mężem. Mężem Krzysztofem. I tak też będzie tu występował.

Przez te kilka miesięcy mojej tu nieobecności nie wydarzyło się w naszym gnieździe wiele, przynajmniej nie w kwestii wnęcz (czy też wnętrz, jak zapewne wolicie). Zebrało się materiału mniej więcej tyle, żeby wystarczył mi na posty do końca przyszłego tygodnia, więc bądźcie czujni!

Pierwszą z "nowości" jest obiekt ze zdjęcia powyżej. Czy ktoś jeszcze, oprócz mnie, widzi na tym plakacie aparat słuchowy? Ja to właśnie widzę, ale Mąż Krzysztof z całą stanowczością utrzymuje,  że obiekt ten obrazuje welodrom. I znowu, nie jest to nazwa narzędzia tortur (chociaż zależy od perspektywy), a synonim toru kolarskiego.



Jedyne, co mam wspólnego z kolarstwem to mąż, ale ponieważ welodromy mają zupełnie niezły dizajn, chętnie uczestniczyłam w realizacji projektu "the plakat".

Kiedy plakat tworzył się u zaprzyjaźnionej graficzki, ja trwałam w przekonaniu, że jedynym słusznym miejscem dla niego jest tzw. nadkanapie. Tam też zawisł, kiedy już do nas dotarł. I zonk. Nie podobał mi się. Denerwował. Drażnił, gryzł, drapał. A big no no.

Sam plakat najwyraźniej podzielał moje zdanie, dlatego przy pierwszym odkurzaniu postanowił spaść. A ponieważ nie udało mi się samodzielnie zawiesić go z powrotem, zaczęłam z nim krążyć po mieszkaniu. Plakat jest duży i nie znalazłam zbyt wielu miejsc, gdzie mogłabym go wepchnąć. W ramach eksperymentu posadziłam go na regale i, jak dla mnie, kliknęło.


Nie jest to pewnie najbardziej oczywista lokalizacja i z dużym prawdopodobieństwem mogę założyć, że Mąż Krzysztof i ja zaliczamy się raczej do mniejszości, jeśli chodzi o aprobatę dla tego pomysłu, ale na poparcie słuszności naszego wyboru napiszę, że odkąd plakat stoi właśnie tam, nie spadł ni razu ;-)

Natomiast kontynuację improwizacji stanowią dwa ręcznie szyte serducha powieszone na gwoździach po plakacie. Raczej nie jesteśmy fanami motywu serca, ale te były elementem jednego z naszych prezentów ślubnych. Nadałam im też funkcję - wyznaczają strefy "his" i "hers" :-)

Na koniec tego przydługiego wpisu, jak nakazuje tradycja, winien pojawić się kot. I się pojawi.

Blogger's little helper :-) (nie zdradźcie Mężowi Krzysztofowi, że siedziałam w strefie "his", please)


Celem wyjaśnienia. Modelem na powyższym obrazku nie jest Zoja-kot, tylko nowy członek naszej rodziny. Panie i Panowie, przywitajcie Mietka.


Tym włochatym akcentem zakończę niniejszy, absurdalnie długi wpis jednego bohatera - welodromu.

Do widzenia się z Państwem.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Społem znaczy RAZEM.


Już wkrótce Konkubent i ja zamierzamy zalegalizować nasz wieloletni związek. Wydarzenie to generuje oczywiście szereg rozmaitych problemów. Od przeprawy z wyborem butów, poprzez "czy ja na pewno wiem co robię", aż po decyzję o usadzeniu gości.

Okazuje się jednak, że nasz ślub jest zagwozdką także dla niektórych gości i tak, od blisko dwóch miesięcy, przez pięć dni w tygodniu, w zależności od nastroju - 5 lub 50 razy dziennie, słyszałam od Szefowej "Coooooooooo ja mam Ci kupić w preeeeezencieee?".

Niestety, wszystkie moje odpowiedzi, zarówno takie, że wstęp na imprezę jest wolny, jak i sugestie nt. różowej lodówki Smega, spotykały się jedynie z pogardliwym parsknięciem. Aż z pomocą przyszła nasza firma. Firma, która choć zajmuje się motoryzacją, wykazuje pewne uwielbienie dla sztuki (czasem "sztuki"), poprzez wystawianie na swoim terenie prac różnych artystów. Zazwyczaj prace prezentowane w ten sposób nie budzą moich emocyj, a jeśli budzą, to raczej zdumienie niż zachwyt, tym razem jednak było inaczej...

Niedawno, na korytarzach naszej firmy pojawiły się fantastyczne plakaty opisujące Katowice, plakaty autorstwa Ewy Kucharskiej. Zachorowałam na nie od pierwszego ujrzenia. Moje serce podbił zwłaszcza jeden - kiedy go zobaczyłam, wiedziałam już gdzie bym go powiesiła. I widząc ten błysk w moich oczach, Szefowa zdecydowała, że to właśnie będzie nasz prezent ślubny. Nie utrzymała tego w tajemnicy, ani nie czekała do samego ślubu, bo, cytuję "odbiło Ci tak, że bałam się, że sama go kupisz, zanim ja zdążę to zrobić" :-)

Panie, Panowie i Koty, przedstawiam nasz pierwszy prezent ślubny:


Zupełnie, jakby kolor tła pobrano z balona na wino ;-)


Plakat jest fantastyczny i wygląda, jakby wisiał tam od zawsze. Ba, wygląda jakby ta ściana wybudowana została 130 lat temu tylko po to, aby on mógł tu zawisnąć. It really tied the room together ;-)

Więcej prac p. Ewy (która zresztą jest przemiłą osobą, bo miałam okazję zamienić z nią dwa zdania), można obejrzeć na behance. Najbardziej kładzie mnie na łopatki genialna seria "Śląskie Mity", ale kiedy zobaczyłam plakat cug doszłam do wniosku, że aż zachęca do prokreacji - by móc go później powiesić w pokoju dziecięcym ;-)

A skoro już jesteśmy w kuchni, pokażę Wam także ścianę za stołem, która jakiś czas temu straszyła pustką. Oto zestaw, który wygrał przetarg:


Czarno-biało-osobiście, ze świątecznymi lampkami z Home&You, które w moim domu są całoroczne. Bo u nas niewiele dzieje się zgodnie z zasadami ;-)


Na szczególną uwagę zasługuje dzieło umieszczone w najmniejszej ramce:


Niech Was nie zwiedzie pierwsze wrażenie, nie jest to artystyczny popis dwulatka, o nie! Ten masterpiece wyszedł spod długopisu... Konkubenta, podczas notowania listy zakupów. Dzieło nosi tytuł "Poważna mysz niosąca prezenty" i jest powodem wielkiej dumy i samozadowolenia mego oblubieńca ;-) I tak już do końca życia...

Dziś bez kota, bo choć wydaje się to niemożliwe, wyszła na zdjęciach wyjątkowo nieatrakcyjnie. Cóż, może ma bidula "bad hair day".

Trzymajcie się ciepło i lepcie bałwany!

niedziela, 24 marca 2013

Iz ded? Iz lajf!



Dawno, dawno temu, bo chyba w listopadzie, zjawił się u nas zupełnie niespodziewanie BRAT.
Byliśmy jego wizytą nieco zaskoczeni, ale oczywiście od razu wiedzieliśmy jak go ugościć.
Nadmienić tu muszę, że nie chodzi ani o rodzeństwo Konkubenta, ani moje, ponieważ oboje jesteśmy rozpieszczonymi, egoistycznymi, nie mającymi pojęcia o życiu jedynakami, zgodnie z powszechną opinią nt. jedynaków.

Brat, o którym mowa, to rodzeństwo delikwenta, którego już poznaliście, o tu.
Nie wiem, jaki ona ma w tym cel, zaczynam podejrzewać, że chodzi o szczerą sympatię, ale Szefowa po raz kolejny sprawiła mi wielką frajdę, obdarowując mnie poniższym:


Stołek był nieco bardziej doświadczony przez życie, niż jego karłowaty brat, ale miał nie mniej uroku. Siedzisko było o wiele mocniej nadgryzione, nawet nie zębem, a całą szczęką czasu, nie było więc mowy o pozostawieniu go w wersji zastanej.


Poza tym, koncepcja na jego odnowienie, jaka zrodziła się w mojej czarującej głowie, zupełnie nie przewidywała warstwy wstrętnego lakieru. Butelkowa zieleń nadana stołkowi fabrycznie, jakkolwiek vintage, również nijak nie wpisywała się w zamysł ogólny.
Przyszedł zatem czas na szlifowanie...


...i malowanie, poprzedzone, ku wielkiej uciesze Konkubenta, ściąganiem poprzedniej farby (po głębokiej analizie i obserwacji dochodzę do wniosku, że Konkubent musi mieć wyjątkowo dobre samopoczucie w oparach Scansolu):


Pierwsza warstwa, jak zwykle, nie wyglądała imponująco, ale już przy trzeciej krycie można było uznać za pełne.

Przez jakiś czas zastanawiałam się nad wykończeniem drewna, jednak w wersji całkiem surowej podoba mi się najbardziej, toteż postanowiłam tak go zostawić. Nie przewidywałam dla taboretu żadnych ekstremalnych misji, można więc z dużym prawdopodobieństwem założyć, że temu pięknemu, surowemu i odświeżonemu drewnu nic nie grozi :-)

Po tym delikatnym liftingu stołek prezentuje się jak na załączonym obrazku:



Według mnie jest to bardzo przystojny stołek, który mógłby zawrócić w niejednej głowie i złamać niejedno serce, tym bardziej cieszę się, że postanowił zatrzymać się właśnie u nas :-)

Kiedy już skończyliśmy się nad nim pastwić, przyszło mi do głowy, że przypomina taborety "have a seat", które można nabyć np. tu, z tą różnicą, że nasz jest autentyczny, a nie stylizowany i nie kosztował tyle co fajne buty :-)

Po zakończeniu prac szumnie nazywanych renowacyjnymi, życie postawiło nas przed nowym problemem, mianowicie: gdzie taboret zainstalować? Znaleźliśmy mu ostatecznie jakiś kącik, ale o tym w następnym wpisie...

P.S. Czy Wasze koty również chodzą po ścianach?
Przed Państwem Zoja-Ścianokot